Star Wars: The Old Republic – czy warto w to jeszcze grać?
Minęły już może czasy świetności gier MMORPG, jeśli mam być szczera. Chyba tylko World of Warcraft w dalszym ciągu skupia naprawdę dużą rzeszę graczy, ale także i tam można zaobserwować pewien odpływ. Ludziom bardziej zaczynają odpowiadać gry typu MOBA, przychodzi też pokolenie, które dużo bardziej ceni sobie ten typ rozgrywki. Póki co jednak, w dalszym ciągu są osoby, które w jeszcze bawią się we wspólne granie w jakimś świecie. Niemłode już Star Wars: The Old Republic nie jest wyjątkiem.
Znany świat, stary świat
Gra jak gra – zakładamy postać i idziemy podbijać świat. Z tą tylko różnicą, że Star Wars: The Old Republic nie wskazuje nam kolejnych expowisk czy generycznych questów, a rzuca od razu w wir wielkiej przygody, jaką jest nasza fabuła klasowa. Nagle okazuje się, że w całej strukturze multiplayera można swobodnie grać… single player. Poważnie, całą fabułę, z dodatkami włącznie, da się zrobić bez nikogo innego przy nas. A trzeba przyznać, że jest ona naprawdę świetna. Większość z was, która grę zna, zapewne wie o czym mówię. Nie gramy tutaj nudnych, wyświechtanych akcji, zamiast tego brniemy w fantastyczną, skierowaną w starym stylu dobrego RPG przygodę.
Czy jednak warto grać w tę grę na tyle, by zapłacić abonament? Moim zdaniem tak. Co prawda SW:TOR jest free to play, ale bądźmy szczerzy: wygoda, którą niesie za sobą abonament jest nieporównywalna z niczym innym.
Zacznijmy od dodatków. Jak wiadomo, fabuła dodatków jest różna. Ilum jest krótkie i za drugim razem zwyczajnie nudne, bo oparte głównie o flashpointy. Shadow of Revan wzbudziło autentyczną wściekłość graczy – nic dziwnego, jeśli nie graliście, to nie będę wam psuć zabawy i pozwolę temu dodatkowi to zrobić. Rise of the Hutt Cartel nawet nie zapada w pamięć. BioWare’owi udało się natomiast stworzyć dwa dodatki, które absolutnie mnie zaczarowały.
Kneel before the dragon of Zakuul!
Pamiętacie ten przepiękny trailer z Star Wars: The Old Republic? Ludzie autentycznie nad nim wzdychali. Były nawet dwa takie, oba do dwóch genialnych dodatków: Knights of the Fallen Empire oraz Knights of the Eternal Throne.
Oba dodatki na nowo ciskają nas w rite de passage, rytuał przejścia, z jakim mieliśmy do czynienia grając w podstawowe fabuły klas. Musimy zmierzyć się z nowym zagrożeniem, zarówno zewnętrznym, jak i wewnętrznym. Spotykamy nowych wrogów i odkrywamy ich także w sobie. Dowiadujemy się nowych rzeczy o Mocy. Budujemy wielką bazę i stawiamy czoła zagrożeniu po to, by sięgnąć do gwiazd. A wszystko to w towarzystwie najlepszych towarzyszy, których spotykaliśmy w naszych fabułach. Na nowo pojawi się między innymi Aric Jorgen czy Vette. I mój Boże, jakie to jest dobre.
Jeśli ktoś w to jeszcze nie grał, niechaj natychmiast nadrabia. Są po stokroć lepsze niż Mass Effect: Andromeda. Mają klimat, który nieco kojarzy mi się z kreskówką o Avatarze – kto grał, ten wie o czym mówię, kiedy przyjrzy się rodzince Valkoriona. Wygląda znajomo, nie?
Sama gra w dalszym ciągu się rozwija. Obecnie trwa event Nar Shaddaa Nightlife. Dodano nową rezydencję na Maananie. No, i jakby tego było mało, będzie można zdobyć nową za sprawą flashpointa – na Umbarze. Czy szykuje się jakiś większy dodatek? Znając BioWare – na pewno. W obu wymienionych dodatkach pokazało ono, za co ich kiedyś kochaliśmy.
Osobiście liczę na to, że fabuła ruszy do przodu. Punkt wyjścia zostawia pewien suspens, ale niewielki… i da się to pociągnąć dalej, chociaż kto wie, jak się to skończy?
Polonistka, entuzjastka fantastyki, graczka RPG. W wolnym czasie, którego nie posiadam, pochłaniam dziesiątki książek, gier, filmów i seriali.
Pingback: Premiery gier – LUTY 2022 - TesterGier.pl